SHORT

Short #006 „In the old times it was not a crime” – czyli „Jaki jest Wasz najlepszy utwór do pracy w kuchni?”

                                                                                                                               
 
                                                                                                                               fotografia: Tomasz Jelski
 
 
Jaki jest Wasz najlepszy utwór do pracy w kuchni?
 
Edynburg rok 2005. Pierwszy dzień długo wyczekiwanej pracy. Malownicza Victoria st. – kto był ten wie, kto nie- może wygooglować.
 
Wchodzę na zmywak, którego restauracja nie miała przez dobre kilka dni- teraz już wiem jak to jest, znam to uczucie ile nadziei pokłada się w takiej osobie. Na kuchni głównie Algierczycy. Jest parno, duszno i ślisko. Nigdy wcześniej  nie pracowałem w gastro- oczywiście CV mówi co innego- ale nie przesadziłem- jakiekolwiek doświadczenie musiałem mieć.
 
Pamiętam z tego dnia:
– kilogramy pieprzu z odciętymi z obu stron dupkami. Robili z niego sos, po czym pozbywali się samych ziaren- tak jak by miał oddać jak najwięcej aromatu- ma to sens. Nigdy nie widziałem już takiego pieprzu. Ktoś o nim słyszał?
– brak akceptacji ze strony kuchni. Może bardziej brak zrozumienia faktu że człowiek, który do niedawna zajmował się handlem biżuterią, podróżami po świecie i studiowaniem na akademii sztuk pięknych i uniwersytecie cieszy się z pracy na zmywaku, mało tego,  mówi że lubi ten zapierdol i że dobrze mu to robi na głowę
– zapierdol! To było 19 godzin nieprzerwanej pracy plus czyszczenie wszystkich kibli
– zasadę, że jak stłuczesz coś i jest podejrzenie ze szkło mogło się gdzieś dostać- musisz pozbyć się tego jeżeli to produkt spożywczy, jeżeli to przedmioty martwe- musisz je po raz kolejny umyć
– drugą zasadę- tak ważną dla Wszystkich co w kuchni dopiero zaczynają- nie zawsze fakt, że chcesz dobrze znaczy, że dobrze robisz.
– kawałek DARE zespołu Gorillaz przy którym zamieniałem się w człowieka-maszynę zapierdalając trzy razy szybciej- bo zawsze da się jeszcze szybciej.
„You’ve got to press it on you.

You just think it.
That’s what you do, baby!
Hold it down dare!

Jump with them all and move it.
Jump back and forth.
And feel like you were there yourself.
Work it out!

Never did no harm.
Never did no

[…]”
 
Byłem tego dnia bardzo szczęśliwy. Miałem pracę!- perspektywa odebrania wypłaty pod koniec tygodnia była uskrzydlająca. A wtedy się nie przelewało – ważyłem 74kg.
 Po pracy poszliśmy jeszcze z J.K. na jedno do Standing Order- dużego pubu w przestrzeni po dawnym banku, gdzie pomimo wszelkich starań nie pakowania się w kłopoty w końcu nam się udało. Cierpliwie lekceważyliśmy werbalne ataki pod naszym adresem i adresem naszego pochodzenia. Pozwoliłem nawet na to żeby człowiek trzy razy zamachnął się na mnie krzesłem- za każdym razem powstrzymany przez swoich kolegów ładował się sam swoją pijaną agresją. Nigdy nie mam ochoty na bójki, szczególnie z najebanymi leszczami, a tego dnia chciałem wypić swoje zasłużone szkockie ALE, ale w spokoju.
Nie pisałbym tego wszystkiego gdyby nie chęć opowieści o tym jak kosztowne może być wyjście na piwo…
Wyszliśmy, gość wybiegł za nami. Przed twarzą J.K l. przeleciała ciśnięta w niego wielka szklana popielnica- był by problem gdyby nie unik.  Reszty Wam oszczędzę – tyle, że wtedy nie oszczędziłem dwa miesiące wcześniej złamanej ręki, która w gipsie była … całe kilka godzin. Jak się okazało- nienawidzę gipsu- żeby to stwierdzić potrzebowałem tylko tyle czasu.
 
Ręka mi spuchła- była dwukrotnie większą- nie mogłem jej używać,  nie w mojej nowej pracy, nie na zmywaku. O 8 zadzwoniłem do mojego niedoszłego pracodawcy- poinformowałem go o rezultacie całej historii. Kilka dni później odebrałem pieniądze za ten jeden dzień- choć bardzo się tego wstydziłem. Koleżanka J.K. mnie namówiła- poszedłem. Chef powiedział,  że bardzo mu przykro, że coś takiego mnie spotkało.
Oczywiście historia mogła skończyć się zupełnie inaczej.
Wiedząc ile jest cctv na ulicach tego pięknego miasta do domu wracaliśmy pewnie ponad godzinę.
Rano, po telefonie spojrzałem przez okno na moją Rose street- co zawsze zwykłem robić.  Przed kamienicą była uzbrojona policja- taka policja to rzadki widok na wyspach. Wyjrzałem przez okno na drugą stronę budynku- kamienica była otoczona.
W bokserkach, boso, ze spodniami w ręku,  maszynką do strzyżenia pobiegłem do sąsiada- J.G. piętro wyżej.
Chwilę później byłem łysy, a dwie chwile później po stróżach prawa nie było śladu- pewnie mieli jakieś ćwiczenia.
Bardzo mnie to rozśmiesza z perspektywy czasu.
 
 
 
Ps. Chciał bym zaznaczyć- w ciągu 4 lat życia w Szkocji dwa razy ktoś obraził mnie w związku z moim pochodzeniem.
Raz dwóch mormonów obraziło moją kobietę też na tle rasowym i pomimo, że im wpierdoliłem- to pierwszy raz w życiu policja była po mojej stronie.
Raz ktoś bezpodstawnie oskarżył mnie o napaść- co było próbą wyłudzenia.
Za to nie zliczę ile razy padłem ofiarą przemocy seksualnej ze strony kobiet.
 
Pps.
W prawej dłoni mam staw rzekomy, tyle lat i cały czas czuję. I dalej uparcie uważam, że w przypadku takiego złamania bez gipsu jest dużo lepiej o ile się nie ma wypadków
                                                                                    na zdjęciu ja, J.K. i J.K.

The Blessed Bench, 165 Rose Street Edinbrugh — z Mr.ONG,, J.K. i J.G.

suplement: