SHORT

SHORT #013 „Kiełbasa Curry”

Opowiada Aleksander Baron

Przez większość życia byłem przekonany o tym, że geniusz inżynierii niemieckiej wmieszał, scalił, połączył mięso z mieszanką przypraw! Powiem Wam, że jest inaczej! …co zapewne wszyscy dobrze wiecie.
SHORT

SHORT #012 „O co chodzi z tym Polskim Choripanem?”

Otóż historia zaczyna się rok temu w Buenos Aires. Dokładnie rok i trzy dni temu!

Tam, podczas mojej podróży poznałem Choripána. W Argentynie, podobnie jak w Urugwaju, Chille, czy Peru, choripán to nazwa bardzo popularnej kanapki – nie kiełbasy! To najpopularniejsze danie ulicznej oferty gastronomicznej składa się: z kiełbasy – chorizo – zazwyczaj przeciętej wzdłuż i tak grillowanej, zrumienionej bułki – chrupiącej – przynajmniej w założeniu, i sosu chmichurri, który gość nakłada sobie sam tyle ile lubi.
SHORT

Short #011 Dwadzieścia lat po pluskwie!

Pluskwa milenijna i hot dogi

Kończy się rok, kończy się dekada i przypomina mi się cała historia związana z pluskwą milenijną – kogo jeszcze nie było na świecie albo był mały, ten nie pamięta. Rzekoma pluskwa miała na przełomie 1999 i 2000 spowodować awarię komputerów, które były stworzone tak, że zapisywały rok tylko dwiema ostatnimi cyframi. Miało to wywołać chaos, czasami wróżono w związku z tym nieuchronną apokalipsę.
Ofiarą „pluskwy” miały paść systemy, banki, elektrownie miały wybuchać, a samoloty spadać. De facto nie wiele się stało. Na pewno nic strasznego, jedynie na chwilę zatrzymała się Pakistańska giełda, w Japonii w elektrowni jądrowej uruchomił się alarm, A w jednym z australijskich banków ludzie nie mieli dostępu do swoich pieniędzy. Natomiast w Danii pierwsze urodzone dziecko zostało zarejestrowane przez system jako stulatek. Jedynymi prawdziwymi ofiarami Y2K było kilka matek z Sheffield w Wielkiej Brytanii, ponieważ w wyniku błędnej informacji o nieprawidłowo rozwijających się płodach, kilka kobiet dokonało aborcji.

1 Stycznia 2000 roku, wracając popołudniu z sylwestrowej imprezy, spotkałem na dworcu brata.

Nasze doświadczenie pluskwy jedynie to bilety, które kupiliśmy wracając po sylwestrowej nocy do domu – a wtedy mieszkaliśmy w Legionowie, a nawet jeszcze dalej… ponieważ wysiadaliśmy na „Legionowo Przystanek”, po czym szliśmy dwa kilometry od „dworca” lasem. I wiecie co? Wtedy też był smog i to jaki! Ostatnio z Konradem wspominaliśmy czarny śnieg i „mgłę” taką, że ledwo było widać światło, które dawały latarnie – a tych po drodze było zaledwie kilka.

Z stołecznej szkoły do Legionowa jeździliśmy z rodzicami, którzy wracali z pracy samochodem. Alternatywą była podróż pociągiem z Dworca Gdańskiego. Pierwszy wariant podróży był wygodny, lecz w określonej godzinie, która nie zawsze pasowała nam – nastolatkom. Posiadał też drugą dużą wadę – trzeba było opowiedzieć codziennie na pytanie – „jak było w szkole?”, w taki sposób by uniknąć rozmowy o ocenach.
Podróż pociągiem gwarantowała za to masę przygód i ryzyka przełomu lat 90 i 2000. W pociągach znaczna część pasażerów piła i paliła – nikt na to nie zwracał uwagi. Zawsze śmierdziało. Często nie było w przedziałach półek – bo zostały ukradzione, którejś nocy na bocznicy. Co do tych nocy – wtedy też odwiedzałem regularnie kolejowe bocznice – bynajmniej by kraść. Za pomocą farb nanosiłem swoje „imię” na pomarańczowe blachy pociągów. Kiedy spotykaliśmy przypadkiem tych, którzy pod osłoną księżyca rozkręcali kolejowe składy na aluminium – rzekome półki- wtedy wiedzieliśmy, że jesteśmy bezpieczni. Oni mieli to „dogadane”.

Zdjęcie z rodzinnego albumu Babci Teresy podpisane ” Aleksander- „graficiarz” 1999 rok

Największą dumą było wracać do domu pomalowanym przez siebie pociągiem. Co dzień w podróży można było spotkać niedobitki skinheadów, co prawda ich reprezentacja była mniej liczna, niż w pierwszej połowie lat ’90. Natomiast zjawisko określane „dresiarstwem” było tak popularne, że aż trudne do ujęcia w jakieś ramy. Raz próbowano mnie wyrzucić z jadącego pociągu. Ktoś się za mną wstawił. Na co dzień nosiłem ze sobą nóż, flamaster, kartę telefoniczną, i komórkę- Motorolę Manhattan MD1-1D11- zdecydowanie łatwiej było ją ukryć w plecaku niż gdziekolwiek indziej.
Zdarzyło się kilka razy, że przez okna jadącego pociągu wlatywały cegłówki. Nie zapomnę nigdy biegnącego konduktora przez przedziały krzyczącego by wszyscy padli pod okna i chronili głowy. Jedna dziewczynka straciła życie. Nie wiem czy winnych ujęto. Wykrywalność była niska.

Zanim wsiadło się do pociągu zazwyczaj trzeba było na niego poczekać. W wieku 16- 17 lat człowiek jest nieprzerwanie głodny. Za drobne wygrzebane z kierman, czy z dna plecaka, można było kupić w sklepiku sezamki. Kosztowały 38 groszy. Na dworcu można było też nabyć zapiekanki, hamburgery i hot-dogi. Te ostatnie były wtedy moim zdaniem „najlepsze”.

Dworzec miał zawsze te same stałe: szarość, odór i mieszkańców. A wśród nich starszą Panią, która robiła wszystko by obrzydzić mi wymarzonego hot-doga. Przysiadała się do mnie, obok i tłumaczyła z czego zrobione są parówki. Mówiła z wyraźnym obrzydzeniem, że parówki robi się z mielonych wymion, śledziony i mózgów, a wszystko po to by przejąć moje jedzenie! Nie wiedziała jeszcze, z kim ma do czynienia! Nigdy nie zrezygnowałem ze swojej spuchniętej parówy w zapychającej bułce.

peace2: Forin, Harte, Mrcl, Mers, Reb, Wyrok123, Ax/Vhs

„Dwadzieścia lat…” chciałoby się zacytować Paktofonikę ale może wydać się to patetyczne

Okładka Times z 18. Stycznia 1999
SHORT

Czy Marco Pierre W. dał dupy?

Kończy się rok, kończy się kolejne dziesięciolecie- postanowiłem zajrzeć do swoich pierwszych publikacji i zobaczyć czy wytrzymały próbę czasu. Oceńcie sami.

 „Czy Marco Pierre W. dał dupy?”

ALEKSANDER BARON
9 LISTOPADA 2011

To tylko łagodna wersja tego, co można usłyszeć po kuchniach. Pisze się o tym nawet w postach Facebooku. Pewnie jesteście ciekawi komu daje? Jeżeli w ogóle daje – to daje wielkiemu koncernowi, który na całym świecie rządzi w dziedzinie półproduktów w kuchniach – kuchniach olbrzymach – cateringowych molochach, w których królują „drogi na skróty” w postaci kubłów z pastami. Z tych mazi powstają rosoły, zupy, sosy do mięs i makaronów, sosy do deserów. Uwierzcie mi – widziałem to na własne oczy – „gotowe” można kupić już wszystko. W jednej z tysięcy kuchni brytyjskiego imperium słyszałem dokładnie to samo, co słyszy się tu w mojej maluczkiej – „Marco Pierre W. dał dupy”. Mogę chyba mówić, że zaobserwowałem cały proces „oddawania się” króla. A i owszem – króla! Bo Marco Pierre W. jest nim niezaprzeczalnie. Tym większy to mezalians. 

Przyjrzyjmy się pokrótce jego sylwetce – to chef z drugiego pokolenia, wychowany w industrialnym Leeds, w wielodzietnej rodzinie. Nie przelewało im się. Marco, porzuciwszy szkołę, zaczyna praktyki w kuchni. Pnie się szybko do góry. Chce. Ma  podstawowy czynnik sukcesu – determinację!

W 1987 otwiera pierwszą restaurację. W tym samym roku dostaje gwiazdkę Michelin, rok później drugą. Zaczyna wielką kolekcję gwiazdek, którą kończy w 1999 wypinając się w stronę Michelin Guide słowami: „Oceniali mnie ludzie o wiedzy mniejszej niż moja, więc ile w rzeczywistości warte były te oceny? Zbyt wielką wagę przykładałem do opinii kontrolerów Michelin i w ten sposób pomniejszałem sam siebie. Miałem do wyboru trzy drogi: mogłem być więźniem swojego świata i dalej pracować sześć dni w tygodniu; mógłbym żyć w zakłamaniu, narzucać wysokie ceny i nawet nie stawać przy piecu; albo mogłem zwrócić gwiazdki, spędzać czas z moimi dziećmi i wymyślić się na nowo.” (przełożył Łukasz Zaremba) W efekcie Marco Pierre W. przestaje gotować. 

Jest nauczycielem Gordona R., Hestona B. … Słynie z kontrowersji – kiedy jego francuscy odpowiednicy chowają się przed samymi sobą z paleniem papierosów, on się z nimi afiszuje.  Serwuje wykwintne danie używając ketchupu Heinza. Buduje wokół siebie legendę. Dziś widzimy jak zachwala kostkę rosołową rozprowadzając ją na mięsie!  

Czy to tak dziwi? Czy nie jest konsekwencją buntu i buntu i skłonności do „przekrętu”, drwiny z innych kucharzy, gości i w końcu z nas też? Czy właśnie nie o nim czytacie tekst? Niewątpliwie jest to więc sposób na sławę. 

Pójdę tropem prostytucji – chodzi zapewne o pieniądze. Ile? Tego nie wiem, ale sądząc po rozmiarze zjawiska – reklama pokazała się na kilku kontynentach – płacą mu dobrze. Niejaki Anthony B. – nie lada rozrabiaka, kucharz i gwiazda telewizji nie raz przytacza puentę dowcipu „Ustaliliśmy, że jesteś kurwą. Teraz ustalmy ile bierzesz.” Nikogo nie chcę bronić. Stwierdzam fakt – mam prawo, bo wiele doświadczyłem – Ci ludzie ciężko pracowali przez lata przy garach, przez lata pot codziennie lał się im nogawkami do skarpet i żaden z nich nie pomyślał, że będzie miał możliwości zarabiania w ten sposób. Sposób łatwy i szybki. 

Wielu z nas może mówić o honorze, godności. Jest taki wiersz Pani Wisławy S. – niestety pamiętam tylko przesłanie i to, że mówiłem o tym w podstawówce. Nie możemy oceniać ludzi, którzy znaleźli się w sytuacjach, w których my się nigdy nie znaleźliśmy.

* tekst powstał dla Zwierciadła

BLOG, SHORT

Short #009/ anons / JESTEM DO WZIĘCIA

Newcastle upon Tyne, Anglia 2007 Fujica AX5
https://www.instagram.com/baronphoto/

Jest lato — są wakacje. Wstaję rano do pracy, a pracuję więcej niż ostatnio niemniej jestem szczęśliwszy niż ostatnio. Był taki moment, że obudziłem się po pierwszym dniu naszej obecności na Minimarkecie i pomyślałem sobie: jest cudownie! Nikomu, z niczego nie muszę tłumaczyć, nie zwalać winy, że słaby ruch bo pogoda, bo Warszawa na Open’erze czy gdzieś poza miastem. Jestem kurwa wolny! Co nie znaczy, że nie mam żadnej odpowiedzialności, bo odpowiadam sam przed sobą, przed swoimi ludźmi i przed gośćmi. Tylko tyle i aż tyle. Takiej odpowiedzialności właśnie chciałem, co więcej z radością ją na siebie wziąłem. Od trzech tygodni działamy w Lunaparku, a od tego tygodnia jesteśmy też na Nocnym. My, czyli zespół ludzi twórczych i zdolnych, którzy razem ze mną realizują moje działania. Nazywamy się rodziną — Baron the Family.

Czas zatem dać tę informację w obieg publiczny: Jestem i jesteśmy do wzięcia. Możemy pojechać w każde miejsce w Polsce i na świecie. Możemy rozpalić ogień, nasze grille, wędzarki, czy wykopać dół i coś w nim upiec. Możemy zbudować kuchnię polową lub skorzystać z czyjejś w pełni profesjonalnej. Sami też rozglądamy się na spokojnie za lokalem — wszystko przyjdzie w swoim czasie.

Możemy zorganizować bal, przyjęcie, wesele czy raut- na salonach lub i chętniej, po środku lasu, na wyspie, plaży, nad jeziorem czy w rzece.
Może jeszcze inny pomysł?
Ja i my – jesteśmy do wzięcia

BLOG, FOOD, SHORT

SHORT #008 / GOT/ słowa które wkurwiają/ BARON KRĘCI KIEŁBASY

Na kilka dni przed odejściem z Zoni, leżąc z MAD na kanapie przeglądaliśmy coś w mediach społecznościowych. Po którymś z kolei przewinięciu ekranu stwierdziliśmy, że niektórych słów używa się dziś zdecydowanie za często. Postanowiliśmy wtedy stworzyć listę takowych określeń, które wkurwiają i powinny być wyłączone z naszego języka. Znalazł się tam, między innymi „Pop-up”.
english, FOOD, SHORT

SHORT #007 Polish cuisine- #pierogi #kiełbasa #sausage

In Walid’s garden.
 From the left: Walid Merhi, I, Karim, Marta A. Dymek in Walid’s garden.

In Walid’s garden. From the left: Walid Merhi, I, Karim, Marta A. Dymek in Walid’s garden. 

November 2018

With M.A.D. we go to Beirut as Walid and Riad invited us to come.
About their hospitality and our guest shows I will write later – today I will focus on something different. In fact, they were more hospitable than we could have imagined – we got so close to the Lebanon culture and cuisine as one only can during a 7-day visit. Everyday feasts, two, four or even five meetings by the table, the common table which was always full of delicacies. During all that time neither in restaurants, bars, food stalls nor houses had we seen hummus or tabbouleh which are always cited as the key Lebanon dishes. So we pose questions.

SHORT

SHORT #007 Polska kuchnia- #pierogi #kiełbasa

Listopad 2018 roku. Jedziemy z M.A.D. do Beirutu na zaproszenie Walida i Riada.

W ogrodzie - Walid Merhi, Aleksander Baron, Karim, Marta Dymek
W ogrodzie Walida.
Według planu: Walid Merhi, ja, Karim, Marta A. Dymek

O ich gościnie i naszych gościnnych występach jeszcze napiszę- dziś nie o tym. Fakt, gościli nas więcej niż do syta- zbliżyliśmy się do kuchni i kultury Libanu tak jak to tylko było możliwe w ciągu tygodniowej wizyty.  Codziennie uczty- trzy, cztery może nawet pięć spotkań przy suto zapełnionym stole- wspólnym stole. Przez większość dni na wszystkich tych stołach restauracji, barów, narożnych punktów gastronomicznych, a nawet  domów,  nie widzimy hummusu ani tabbouleh- dań, które wymienia się w pierwszej kolejności myśląc o kuchni Libańskiej.  Zatem pytamy.